Menu

Charlie Hebdo, wolność słowa, tolerancja religijna i boska bezsilność

Styczeń 9, 2015  |  świeckie państwo

Oburzenie, jakie wzbudza karykatura jednego czy drugiego proroka, jest doprawdy niepojęte.

Kogo ona obraża?

Na pewno nie rzekomo najświetniejszego na świecie boga, który – przy małym zabiegu antropomorficznym – w swojej wielkości co najwyżej mógłby się pobłażliwie uśmiechnąć i zupełnie od niechcenia wybaczyć. Bo czy nieskończenie dobry bóg nie uznałby tego za niedojrzałość, infantylność i duchową ślepotę? Należy przypuszczać, że uznałby. Gdyby istniał.

Taki bóg, gdyby był wszechmogący, mógłby objawić się karykaturzyście, aby tyleż swobodnym, co błyskotliwym i przyjaznym przekomarzaniem się z nim zyskać sobie jego przychylność. Gdyby był.

Bóg, który do krzewienia wiary w samego siebie potrzebuje pomocy ludzi, jest zwyczajnie bezsilny.

Bóg zbierający na tacę, bóg naciągający potrzebujących na datki, bóg budujący sobie świątynie, bóg ordynarnie wpychający się do szkół, bóg odbierający prawo dziecka do wiedzy o świecie i upierający się przy prymitywnej jego wizji, bóg podżegający do nienawiści wobec tych, którzy w niego nie wierzą, tylko sobie z niego drwiąc – taki bóg zachowuje się jak zakłamany, ćwierćinteligentny tyran i kurduplowaty pozer, który chce, żeby wszyscy widzieli w nim wszchmogącego geniusza i wspaniałego dobroczyńcę; despota, który potrzebuje aparatu represji i tuby propagandowej.

Każdy kaznodzieja, każdy katecheta, każdy kapłan – obojętnie jakiej wiary – obnaża boską bezsilność. Im więcej ludzie robią dla krzewienia wiary, tym bardziej negują istnienie boga, który jakoś nie potrafi się już objawiać, odkąd człowiek zaczął lepiej rozumieć rzeczywistość.

Im bardziej krzyczą, że wiary trzeba bronić, tym większego kulfona przyprawiają karykaturze swojego boga, z którego robią bezsilne i bezbronne dziecko.

Śpiewają głośno, że bóg jest prawdą, bo w erze badań kosmicznych i nanotechnologii, nietrudno  jest przekonać samego siebie, że mogłoby być inaczej. Głośnym, chóralnym śpiewem zagłuszają fałsz.

Modlą się kilka razy dziennie dla podtrzymania nawyku, bo wiara w iluzję wymaga musztry i treningu. Jest jak mięsień, który mógłby zaniknąć, jeśli się go nie ćwiczy.

Doszukują się symboli i ukrytych znaczeń w powiewie wiatru i prowadzą dialog z przypadkiem, bo ich ta iluzja pokrzepia, a nic im innego nie zostało, jak tylko rozpaczliwie kurczowo trzymać się swoich naiwnych interpretacji rzeczywistości, którą naukowcy bezczelnie odarli z mistycyzmu.

Wiarę w tę bajkę nazywają życiem duchowym, a tych, którzy się nią nie zachłystują, nazywają obrzydliwymi nihilistami, pozbawionymi duchowych uniesień.

Wmawiają sobie i dają sobie wmówić, że wiara w boga jest jedynym źródłem pokrzepienia, bo nikt im nie pokazał, że można inaczej.

Tak strasznie boją się tego, że ich boga mogłoby nie być, że ogarnia ich niepohamowana złość, kiedy ktoś mówi, że to głupie bajeczki dla dzieci i prymitywny kulturowy bagaż z przeszłości.

Wg nich tolerancja religijna powinna polegać na bezwarunkowym braku krytyki ich wersji rzeczywistości,  chociaż otwarcie krytykują ateistów, w najlepszym razie patrząc na nich z litością i pobłażaniem.

Nie przymują do wiadomości, że religia ze swoim totalitaryzmem obraża wartości humanistyczne i co najmniej równorzędny wobec niej ateistyczny światopogląd. Nie zauważają, że religia w wyzywający sposób prowokuje krytykę.

Domagają się bezwarunkowego szacunku, mimo że ich święte księgi pełne są prymitywnych absurdów, łącznie z podżeganiem do mordu na tle wyznaniowym.

Domagają się tolerancji dla swojej nietolerancji, szantażując wszystkich dookoła uczuciami religijnymi, które z jakiegoś nieznanego nikomu powodu są delikatniejsze niż uczucia ateistyczne.

W obliczu krytyki są gotowi mniej lub bardziej agresywnie zaatakować tych, którzy na głos wyrażają swój racjonalny i swawolny sceptycyzm.

Zwłaszcza ci, którzy mają większy problem z samodzielnym myśleniem.

Mogą swobodnie nagiąć swoje tzw. wartości, żeby zrobić drugiemu człowiekowi krzywdę. Zarzucając mu brak moralności, usprawiedliwiają swoją przemoc. Relatywizują swoją własną – pozornie stabilną jak opoka – moralność na pokaz, która przy działaniu „w imię boga”, staje się elastyczna jak prezerwatywa, jakże niezbędna to pieprzenia o wartościach i czynienia najgorszego kurestwa.

Największymi tchórzami są jednak ci, którzy sięgają po broń, żeby zabijać bezbronnych niewiernych za ich otwartą krytykę. Od nich śmierdzi tchórzostwem na odległość. Jeśli zabrać im boga, zupełnie przestaną widzieć sens życia, a ten znajdują – o ironio – w zabijaniu.

Wolą dla idei zabić innych albo siebie samych, robiąc ze swojego bóstwa i swojej religii żenującą, najgorszą z możliwych karykaturę.

Narkotyzują się przemocą, bo prawdopodobnie mają koszmarne kompleksy – jako ludzie i jako mężczyźni. Takie kompleksy w zetknięciu z szyderstwem skutkują eksplozją.

Rzekomym działaniem „w imię boga” masują swoje niedowartościowane ego, bo cóż więcej można mieć ponad władzę nad cudzym życiem i taką komitywę z Najwyższym?

Wartość człowieka mierzy się między innymi jego stosunkiem do innych ludzi. Trzeba być skończonym zerem, żeby umieć tak zdeptać ludzkie życie, jak robią to oni.

Udowadniają, że ich bóg jest impotentem, który nie może nic. Nie może zstąpić, nie może się objawić, nie może się błyskotliwie poprzekomarzać.

Prawdziwa wiara nie potrzebuje AK47. Obroni się sama.

A prawdziwy bóg?

„Prawdziwy bóg” to oksymoron.

 

 

 - V.L.

 

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, polub go, udostępnij go innym i polub mój fanpage na Facebooku - aby to zrobić kliknij TUTAJ.

Email address

Click on a tab to select how you'd like to leave your comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>